Fkime
“W niedzielę to nie widać mnie za wiele”…
Jakby nie kombinować, jakby się nie nakręcać poczuciem obowiązku, palącą potrzebą, upływem cennego czasu itp. , to i tak spać się chce.
Wystarczy usiąść na krzesełku bez oparcia nawet. Kanapkę napocząć, zagrać MP3, buta założyć, głupopis wziąć…
…. ten… sorry… i już spać się chce. “Zmęczyło się biedactwo.”
A dylematy pełzną w okolicach kory podświadomej. Podkorowo drążą brudnice mniszkówne bezszmerowe korytarze wątpliwości a stare stresy wysiadują świeże jajeczka. Całe to robactwo dorwie mnie jutro, po jutrze, za tydzień. Wylezie z kątów i będzie żarło bez miłosierdzia. Wyrzuty sumienia się rzucą do oczu, że zmarnowałem, że teraz biegiem nadrabiać, że długów narobiłem czasowych a teraz ruski komornik już idzie powykręcać i pogruchotać. Tak, tak. Już tam pewnie larwy naglących terminów i spraw przedzieżgają się w jakichś wielkich kokonowiczach w nieuniknione klęski osobiste i zawodowe.
A ja tu jeszcze oczka tzw. maślane w kamerce prezentuję. Brodę siedząc przy komputerze podpieram i patrzę bezradnie, jak rozmemłanie jakieś z pysku na klawiaturę się wylewa i się literki rozmazują Tahoma, Arial, Times New Roman nieelegancki się robi jak chlapa listopadowa. Ekran się paczy od rozwodnienia ambicji a kawa jak krew w piach. Zaraz muchy tse-tse przylecą i moje ciało sprofanują, bo im się nawet gryźć nie będzie chciało.
Tak jakoś nie ten. Wczoraj z lotniska międzynarodowego moją Kasię bratową odebrałem, która z Kabulu, Dubaju lata w niejasych celach z narażeniem. Chyba powinienem ja podlansować troszeczkę. No, to już: www.keyla.geoblog.pl . Kasia taka ruchliwsza ode mnie raczej i atrakcji różnych ma bez, jak to się mówi, liku. Dzisiaj przynajmniej.
OK. Nędza i brak motywacji chwilowo. Brak weny twórczej, naśladowczej, plagiatorskiej i pirackiej zarówno. Ctrl C, Ctrl V nie chce się wcisnąć, bo mi się mały palec w lewej ręce zupełnie przesał słuchać. Nie reaguje normalnie na nic. Reszta też nie. Leżałbym na trwawniku najchętniej, jak w przedszkolu i od czasu do czasu krzyczał “Panie pilocie, dziura w samolocie”. Lewy silnik nie działa. Wentylacja siada. Skończyła się Cola. Spadamy. Można już palić, wszystko jedno. Panią stewardessę poproszę o pomoc w założeniu maski tlenowej i chwilę normalnej, przyjacielskiej rozmowy. Tlen poprawia samopoczucie. Proszę pociągnąć sobie z mojej maski. Ale żeby było jasne, żadne ankohole, żadne inne pierwiastki podejrzane i żadne kombinacje. Tlen wystarczy. I niedzielny leniwy świr nieprodukcyjny. I nie powiem, że mi z tym źle. Dobrze mi tak.
Wieczorem pewnie się wezmę i pójdę sobie do kościoła. Potranscenduję sobie wieczorem. Ale na razie przez okno niebo niebieskie.
Podobno nad horyzontem błyska i słychać szczęk żelaza. Jak to brzmi bezbłędnie pod koniec pierwszego odcinka serialu: “nad horyzontem przetoczył się złowrogi pomruk nadciągającej nawałnicy”. Tym bardziej jakoś mi się chce spać i tyle. Odruch kompletnego braku odpowiedzialności w obliczu apokalipsy. Żałosne.
Czerwiec 24, 2009 @ 9:34 am
coś jak “całe życie w jednym filmie”:
pozdro
Lipiec 3, 2009 @ 1:26 pm
Żałosne? Rzekłabym raczej – klasyczne. Miałam tak samo przec cały czerwiec
Zdecydowanie potrafisz pisać i zdecydowanie podoba mi się to, co czytam. Więc jestem dobrej myśli i trzymam kciuki – skoro potrafisz, to się uda