Święto ochroniarzy

Posted Wrzesień 29, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

Świeżo w święto Archaniołów Michał, Gabriela i Rafała.
Wczoraj rano, zaraz po Mszy podeszła do mnie jedna pani i mówi mi: “Proszę ksiedza, bardzo ładne kazanie, ale ja chciałabym prosić, żeby ksiądz się uśmiechał”.
Się robi. Masz to, kochana pani, u mnie. Złoty pieńdziesiont.
Ale skąd?
Skąd wziąć usmiechanie?
Można wziąć z treningu. Uśmiechasz się, zgodnie z zaleceniem trenera, do lusterka i mówisz: “Jak się bedę uśmiechał, to w końcu zacznę się cieszyć”. I powtarzasz w kółko, aż uwierzysz i zaczniesz się uśmiechać sprawnie i samopowtarzalnie jak nowy aparat Kodak. I zaczniesz się cieszyć.
Można uwierzyć, że nie zawszę musze udawać, nie zawsze muszę robić dobrą minę do złej gry. Mogę pomyśleć, że On  (Logos) jednak jest i mógłby mi pokazać znacznie więcej światła, niż dotychczas. Mogę powiedzieć: “Nie ma mowy. Nie będę się uśmiechał, aż nie zrozumiem, co takiego jest, że jest dobrze.” Jak to zrozumiem, to zacznę się uśmiechać, choćbym nie chciał.
W Katechizmie Kościoła Katolickiego (poważna nazwa!) jest dużo cytowanych zdań w oryginalnych językach. Tylko jedno po angielsku (w wersji łacińskiej Katechizmu): “Thou shalt see thyself that all manner of thing shall be well” (Julianna z Norwich). “Wszystko będzie w porządku”. Mimo doniesień TVNu, mimo grzechów Romana P. , mimo irańskich rakiet dalekiego zasięgu, mimo wieszcza Peji (przepraszam pana Peję w razie błedu w ortografii). “Wszystko będzie dobrze” mówi średniowieczna mistyczka Julianna.
Chcę to złapać. Staram się. Szedłem dzisiaj godzinę w jedną stronę przez parki i modliłem się. Proszę. Daj mi to widzieć. “Boże, mój Boże, szukam Ciebie i Ciebie pragnie moja dusza.” Szedłem do Media Makrtu po wtyczki żebym sobie mógł angielskią komórkę do polskiego gniazdka podączyć, bo mi bakteria siada. Szedłem i miałem w kieszeni różaniec i sobie mówiłem. I zacząłem się śmiać. Mijałem hiphopowców chyba (w każdym razie w za dużych czapkach z daszkiem) i śmiałem się do nich. Mówiłem sobie: więcej jeszcze daj mi zaufania. Jeszcze więcej daj. Niczego mi nie brakuje tutaj, ufam Ci. Jeżeli jestem w życiu trochę jak baran, to jestem na szczęście jak baran na zielonej łące. Łażę sobie, jem trawę i jest fajnie. Pan mnie strzeże. Opiekuje się mną. Choćbym musiał przejść przez ciemną dolinę. Mam fuksa.
Codziennie gadam z ludźmi, którzy mają nieszczęścia. Nie zdali egzaminu. Rozwodzą się. Mają raka.
Nie ma mowy. Nie będę się uśmiechał, aż nie zrozumiem, co takiego jest, że jest dobrze. Nie będę trenował uśmiechu. Wiem, że jest. Idę i patrzę. Opiekuje się mną. Dlaczego brak mi radości?
Roman Ingarden: “(…) wszystko, co rzeczywiste, skoro tylko jest, tym samym może w każdej chwili przestać istnieć. Albowiem istnienie tego, co rzeczywiste, nie płynie z jego istoty i nie jest konieczne. Istnienie tego, co rzeczywiste – a więc i mnie samego – wydaje się zawsze tylko jakby jakimś darem łaski, albowiem to, co realne, jest zawsze uwarunkowane w swym bycie i uposażeniu przez coś innego, bez względu na to, czym by było to, co je warunkuje. Tym samym zaś zawsze może być unicestwione przez usunięcie warunkującego przedmiotu czy
stanu rzeczy.”

Ja tego jeszcze nie rozumiem. Na egzaminach udawałem, że rozumiem i zdałem. Ale tu coś jest coś innego, coś ważnego. Że wszystko jest darem łaski. Wszystko. Milion nawiedzonych studentów może tak sobie pisać. Jakieś takie popowo mistyczne nergale. Ale jak się czyta “Książeczkę o człowieku”, to tu jest coś innego, niż “klimaciartswo”. Cały tzw. post-strukturalizm ma dla mnie posmak “klimaciarstwa”. Palenia świeczek, picia absyntu czy snucia snutów.
Chcę złapać coś takiego, że zaczinę się uśmiechać. Czasem rozumiem. Czasami. Ktoś mówi” czasem jestem pyszny”. albo coś takiego. Nieźle. Ja tylko chwilami nie jestem. Czasem tylko rozumiem i czasem tylko cieszę się tak wyraźnie. Chwilami.
Dzisiaj sobie mówiłem różaniec za moje siostry i brata, i uśmiechałem się. Nawet nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale szukam tego i pamiętam o trzech archaniołach. Łatwo mi jest wyobrazić sobie ich uśmiechniętych. Wiem, że oni pokazują mi ten kierunek, w którym chciałbym umieć patrzeć – “Deo Gloria”;

“Chwała na wysokości Bogu
A na Ziemi pokój ludziom dobrej woli”

Aniołki w sklepach badziewnych. Czemu ludzie lubią aniołki? Wedłu mnie, anioł jest idolem. Anioł jest wcieleniem pasji i dyscypliny, jest rozważny i romantyczny, nawet jeżeli plastikowy. Anioł jest jak esencja samuraja i Pipi Langstrumpf w tym samym momencie. Anioł jest cały w swojej misji i jednocześnie cały czuły i skupiony na człowieku. Ghost Dog i Forest Gump. “Szaman rzekł: Prawda – opętanyś jest przez Anioła” (Słowacki). Anioł jest wcieleniem wiary i nadziei. Dobre święto dzisiaj.

Foma is dead

Posted Wrzesień 28, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

Dobra, wróciłem do Polski. Nieważne.
Człowiek, który robił swój mały blog, tak jak ja robię swój mały blog napisał, że kończy. Być może pewna korończarka z okolic Koniakowa oświadczyła koleżankom, że już ma dosyć dziergania i teraz będzie handlowała kożuchami. Wszystko jedno. Foma robił bardzo ładny blog. Jeden z mądrzejszych i śmieszniejszych blogów. OK. Foma wyczerpał, jak twierdzi, formę.
Foma is dead. Nie wracaj jako Foma. Chopie, zrób coś . Może zdobądź Cerro Torre, może zacznij chodzić na siłownię, może maluj akwarele. Może zacznij na poważnie pić wódkę, albo leż pod kocem (vide: Białoszewski). Nie wiem. Ale życzę Victorii. Boś wart.
“Nothing in the world is more common than unsuccesfsul people with talent, leave the house before you find something worthh staying in for.” – powiedział Anonimowy Banksy
Rozumiesz, pan…

Zupełnie całkowicie

Posted Wrzesień 3, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

Człowiek przestał być uczniem. Po 28 latach intenzywnych edukacji. Jak by liczyc przedszkole to nawet więcej. Jak legendarna taczanka na stepie lub nie mniej legendarna biała lokomotywa. Albo inna metafora mniej już legendarna: okazało się, że to już jest ta wysokość i koniec wspinania. I zostaje zostać jak samolocik z kartki wydartej z ostatniego zeszytu. Z jaśnie wysokości zostaje teraz powoli, spokojnie szszszszszsuuu… Powoli lecieć nocym lotem szybowcowym znów w dół. W ciemność i w poszukiwanie lotniska. Z godnością i pokorą: szszszszszszszuuuuuu… Białym dziobem do przodu.

Rothko, Blue Green and Brown

Rothko, Blue Green and Brown


P.S. kwestia istnienia lotniska jest według mass mediów kontrowersyjna, ale jak by go nie było, to skąd by tutaj się wziął samolot? Z dupy?

OdFAJkowanie (cz. 3)

Posted Wrzesień 3, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

W poprzednich odcinkach:

Nie, zanim w poprzednich odcinkach co tego, to sorry za opóźnienia, ale już piszę. Piszę i to z szybkością Krystiana Zimmermana na przewijaniu.

Kwestia była, że już rzuciłem, już powiedziałem, że nie, że tak naprawdę to się dawno wstydziłeem, że palę, tylko bałem się rzucić i tak dalej.

To problem słynny ssania teraz. SSanie jest funkecją wyobraźni. Dla mniej inteligientnych: jak nie zjesz kanapki z rana to jesteś głodny – tu głód jest funkcją komórek różnych i w ogóle życia że tak powiem biologicznego. Ale niektórzy mają tak, że jak nie zapalą z rana, to chodzą jak na głodzie. Ja jak nie zapaliłem, to tak chodziłem. I w wyobraźni miałem coś takiego, że muszę zapalić – imperatyw niemoralny. Chociaż czasem się i tak zdarzyło, że szedłem na jakąś np. pielgrzymkę do Częstochowy i zapominałem, że w ogóle trzeba palić. No – pytałem – to co z tym głodem? Głód czy niegłód? Niegłód. Głód jest w brzuchu. Jak ma się głód to się więdnie, usycha i chudnie. Jak się ma niegłód, to się mocno denerwuje, jeść się chce, albo w ogóle nie chce się jeść ani nic, frustracje i, jak mówią Aofcy, objawy odstawienia. To ja miałem. I całe szczęście, że na tej RzuceniePalenia stronce byłem, bo tam było więcej takich co mieli w wyobraźni głód.

Nie paliłem, tylko pisałem. Pisałem na forum internetowym, czemu już nie chcę palić, pisałem ile wydałem, pisałem o tym, jak ochota na życie zamianiła mi się często w ochotę na palenie. I inni pisali też. Przeważnie wydawało mi się, że piszą nieprawdziwe, że kłamią trochę. Im może się wydawało, że ja uprawiam autokreacje tysiączne. Tak było zresztą. Ale  i tak pisałem.

Kilka razy dziennie. W przerwie na lunch (wtedy już za granicą byłem), po powrocie ze szkoły, rano. Zaczynałem czuć, że to się dzieje, że naprawdę rzuciłem, że wypłynąłem na nieznane dotąd wody.

Ważną rzecz zacząłem łapać, że nie chodzi o samo niepalenie, ale o znielubienie ochoty na palenie. Ja nie rzucam palenia, nie o to mi chodzi. Samo to to bylby koszmar jakiś; jakbym nie palił, ale cięgle chciał zapalić. Ja rzucam ochotę na palenie. Rozumiem, że wszelkie miłe wspomnienia związane z fajkami są metodą Ochoty Nałogowskiej na powrót na stare śmieci. Rozumiałem, że czując na przystanku zapach papierosa, czując i uśmiechając się do tego zapachu, “jak ja to lubię” myśląc sobie, otwieram jej furtkę. Więc nie otwieram. Mówię do Ochoty bardzo brzydkie słowa i oświadczam jej, że to nie jest moja chęć palenia, to nie jest mój głód, ja tego nie potrzebuję w ogóle. To głos robaka w mojej głowie. To jest dla mnie najśmieszniejsza rzecz do załapania w nałogu – moja myśl to wcale nie moja myśl, tylko głos świra-robaka, który zagnieździł się w mojej głowie, nauczył się, bestia, naśladować mój głos i w moim wlasnym osobistym mózgu gada mi, że muszę dostarczyć mu jedzenia dla robaków, bo inaczej będę nieszczęśliwy, słońce przestanie wschodzić na różowo, Żydzi przechwycą resztki ojczyzny, ulubiona pomidorowa zacznie smakować jak znienawidzona ogórkowa a piwo każde będzie smutne i nostalgiczne  jak Nokturn b – moll opus dziewiąte Fryderyka Szopena.

Tak sobie pisząc, zacząlem rozumieć reguły wojny, która trwała w mojej głowie i zacząłem zwyciężać (tak mi się zdawało przynajmniej). Ale po półtore miesiąca napiłem się ankoholu, nie wiedzieć czemu starłem z włosów pył bitewny i sobie zapalilem. Ale rano wstałem dzielnie, strzepłem popiół, ubrałem wór pokutny, odbyłem pielgrzymkę do Canossy i dalej nie paliłem. Aż po półtore miesiąca w sytuacji analogicznej znowu zapaliłem. I pomyślałem, że to już pewnie tak będzie, takie wpadki najpierw co jakiś czas a potem moja duża próba rzucenia w ogóle spełznie na manowcach.

Aczkolwiek nadszedł czternasty grudnia i urodziny Tima świętowane w pubie o znaczącej nazwie The Bird Cage. Jakoś znowu miałem z półtore miesiąca niepalenia. I w pewnym momencie bardzo mi się zachciało. Ochota przyszła z całą świtą. Ale zamiast walczyć z nią albo nie walczyć tylko palić, wyszedłem z siebie (znaczy dusza wyszła) i z pewnej wysokości zacząłem się sobie przyglądać. Jak ja siedzę? Rozparty, wyluzowany ale aż za bardzo. Wcale nie wyluzowany. Nabuzowany. Nie pijany. To pierwsze piwo. Ale nadęty taki. I tłumaczę chłopakom coś. Pewnie, z gestykulacją zamaszystą. Ułan. Kozak. Huzar. I brakuje mi fajki do dopełnienia obrazka twardego realisty. Tej fajki mi się chce, która jak werniks utwierdzi mój dzielny wizerunek męski. OK, pomyślałem, zróbmy więc eksperyment na żywej tkance ułańskiej i spuśmy z siebie powietrze. Zróbmy się jak święty Franciszek, jak wróbel, jak spokojny i pokorny jak puszka po tyskim w rowie przydrożnym. I tak zrobiłem. I przestało mi się chcieć palić. To jeszcze raz się nadąłem a uczony przez wieszcza podparłem się w boki jak basza i zacząłem śmieszyć, tumanić i przestraszać. Zaczęło mi się chcieć palić. To jeszcze raz. Wróbelek. Nie chce mi się. Orzeł Wszechpolski – chce mi się. Proste. Ochota na palenie jest u mnie funkcją dumy, czy jak tam zwał. SSanie jest funkcją wyobraźni.

I to by było na tyle… Małe kółeczko napędzające moje palenie to przyzwyczajenie. To kółeczko przestaje się kręcić maksymalnie dwa tygodnie po rzuceniu palenia. Duże kółko to pycha, duże wyobrażenie o sobie. Pycha jest związana z podretuszowanym w 3D obrazem siebie. Nawet nie oceniam, czy to dobre czy złe. Ma plusy i minusy. W sumie chyba więcej minusów, ale nie upieram się. Od lutowego 2008′ odkrycia właściwie nie miałem już problemów z chęcią na palenie. Czasem przychodziła ochota, ale metoda spuszczania powietrza, wyluzowania, nie robienia sobie problemu z tego, że na moment zachcialo się palić działa jak dotąd. Mógłbym zapalić i co? Znowu za jakiś czas świat bez papierosów wydawał by mi się bezbarwny. W sumie wiem, że mógłbym zacząć palić na nowo. Najpierw niewiele, potem znowu tak jak kiedyś. Po co? Na dzisiaj nie widzę sensu. No. Tak to wyglądało, tak to wygląda. I oby żyli długo i szczęśliwie. Koniec tryptyku.

odFAJkowanie (cz.2)

Posted Lipiec 5, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

coś mnie się wydaje, że to jest kawałek nie do przejścia, jeżeli ktoś nie jest kwestią palenia żywotnie zainteresowany, ale słowo się rzekło, darowanej kobyłce nie zagląda się w pańskie oko

To tak jechałem PeKaeSem z Białegostoku bez fajek właśnie oddanych żołnierzowi bez głębszej refleksji.

Jak poszedłem do zakonu, to przez dwa lata właściwie w ogóle nie paliłem. Z raz może. Dopiero potem, po nowicjacie jak na studia pojechałem. Na “BreaveHeart’a” poszedłem i po kinie jakoś z wrażenia. Ale potem poszło konkretnie. Wszystkie studia siwy dym. I fajnie się czułem. Bonusy do osobowości. Ale coś za coś. Najgorsze niedługo było to, że jak nie ma fajek, to nie ma życia. Że Pilcha sparafrazuję: na początku papierosy dodają kolorów światu, potem świat bez papierosów nie ma kolorów. Po kinie bez papierosa? Makabra. Nad Wisłę? Awykonalne. Przebudzenie niepalące? Odmawiam.
Albo inna akcja. Pisanie jakiejśtam pracy. Luty, panie, noc, mróz, Mokotów a śnieg jak na Uralu. Fajki się kończą. A pisać jakoś trzeba. To na stację benzynową biegiem. Tylko sweter, bo to przebieżka 5 minut. Na stacji okienko zamknięte, bo liczą akurat utarg. Za dwadzieścia minut uroczyste otwarcie. Stoimy. Większość po ankohol, ja po fajki. Około pierwszej dołącza do kolejki pan Kazimierz Staszewski, co niewątpliwie nobilituje, szkoda tylko, że czapki nie mam. On ma. Zamarzający umysł produkuje przed śmiercią ostatnią myśl: “po co mi to?”. Śmierć ma opóźnienie, bo jedzie nocnym z Pragi. Kupuję, wracam. Palę. Rano 38,2.
Albo jak moja najmłodsza siostra zrobiła mi prezent i kupiła turystyczną popielniczkę ze świnką. Słodka absolutnie, różowa, piękna i bezpretensjonalna, bo wszystko co się dostaje od najmłodszej siostry właśnia takie jest. A mnie skręciło aż. Dlaczego ona mi popielniczkę kupuje? Bo ona kupiła już na czym tu polega “bonus do osobowości”. Kupiła, że palenie to atut, który warto odpowiednio udekorować i dookreślić gdżetami. Jak ja od Mietków kiedyś to samo kupiłem. Zarażam bliskich.
Miliard sytuacji, w których się wstydzę, ale palę, na przykład jak uczniowie mnie na za szkołą nakryli. Oni do rękawa zdążyli schować a ja stałem jak bolek  z fajką. Nie ważne, nie ważne, dalej.
Były też rzucania. Się narzucałem. Ideologicznie i desperacko. Przez kasę, przez zdrowie, przez wstyd, przez zakaz palenia w kawiarni (męki przy kawie z miłą znajomą i wychodzenie trzy razy). Tysiąc prób nieudanych. Do trzech miesięcy nawet. Raz. Metody przemyślne. Plastry chemiczne, cukiery miętowe, po kolei różne. Tak z pięć lat. Sześć w sumie od pierwszej dużej próby. Skoki cen, skoki ciśnienia.
I na imprezie jednej człowiek jakiś powiedział, że jak ksiądz pali, to to wszystko z kościołem zupełnie popieprzone jest. Wtedy miałem może z tydzień do święceń. Chciałem go zmasakrować, co w moim przypadku skończyło się przewidywalnie – niezdrowym rumieńcem. A wtedy rzucałem już chyba co tydzień. Na kilkanaście godzin czasem nawet.

Jechałem po nocy autobusem bez papierosów i uświadamiałem sobie, że ja nigdy nie rzucę. Ja taki nierzucający jestem. Przypadek słabej woli. Jak przyjdzie ochota to po mnie. Już sobie nieraz udowodniłem mimo postanowień spisywanych na obrazkach przenajświętszych. W autobusie jakaś Budka Suflera, ból pleców i  pretensje do  zapóźnionych jak zwykle mechanizmów ewolucji, że nie da rady za długich nóg odkręcić i położyć na tej półce nad głową.  Za oknem też ciemno i się jedzie. Bezradnie dosyć. Postój minął, nawet nie zauważyłem, bo zajęty byłem myślą, że nie uda mi się nigdy rzucić. Wróciłem do domu zrezygnowany.
Rano pomyślałem, że po drodze na angielski zapalę. Ale jakiś przybity byłem. Szedłem, myslałem, że zaraz kupię papierosy i byłem tym przybity. Nie kupiłem. Z tego zrezygnowania. Wtedy pomyślałem: “OK. Bądź smutny, może wytrzymasz dłużej”. To byłem smutny. Po południu znalazłem stronę www.rzuceniepalenia.pl. Wtedy powstał “Skrzydlaty”. Wrona, samolot, huzar, anioł. Niewłaściwe skreślić. Anioła można od razu wyeliminować, bo kicz. Na Zielonej Stronce zaistniał Skrzydlaty w celu nie tyle nawet niepalenia, co przemyślenia nieprzemyślanej decyzji oddania paczki czerwonych Marlboro u stóp nieznanego żołnierza (nie u stóp, tylko w garść, ale tak brzmi dosyć martyrologicznie i pasuje w sumie do żałosnej konwencji dotychczasowej).
W następnych dniach Skrzydlaty przemyśliwał – wywalał z siebie na tamtej stronie po dwa, trzy posty dziennie. Przydługie jak ten.
C.D.N.

odFAJkowanie (cz 1)

Posted Lipiec 4, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

Mała rocznica. Dwa lata.
Dworzec autobusowy to był, Białystok, niedziela chyba pierwsza lipca 2007. Gorąc, powietrze gęste jak żel, choć już powinno trochę odpuścić, bo wieczór powoli idzie. Idę, chcę do domu już, bo zmęczony po wyjazdach różnych a jeszcze parę godzin autobusem czerwonym jak cegła, rozgrzanym jak piec. Teraz wracam z wesela kolegi Szymka. I żołnierz stoi i pali. Jak to żołnierz. A ja idę. I nagle podchodzę do niego i mówię “Słuchaj, weź ode mnie paczkę fajek. Malborskie czerwone. Dobre. Bo ja rzucam.” Wziął. Poszedłem. Pojechałem.
W okolicach jakiejś Sokółki chyba zacząłem się bać, jak ja bez fajek do domu dojadę. Przecież bez sensu. Przecież nie po to bilet na autobus kupowałem, żeby na postoju nie palić. Nie mówiąc o Malborskich czerwonych 120 a nie jakieś coś. Nawet nic nie pomyślałem porządnie. Tak nieprzemyślanie podszedłem do niego i rzuciłem. I jak ja nie zapalę? Ale nie, nie zapalę, bo żołnierzowi słowo cywila dałem to nie zapalę. Dojadę najwyżej, to se kupię.
Jechałem.
Kiedy ja pierwszy raz paliłem? Przecież dobry chłopak byłem. Grzeczny. Ministrant. Nie taki zły. Po osiemnastce dopiero zapaliłem. I to nie, że bunt jakiś. Po prostu, inna osiemnastka była po mojej a ja miałem scyzoryk z korkociągiem i żeśmy z Myszą otwierali ankohole ludziom do picia. A cośmy otworzyli, tośmy spróbowali. A potem pamiętam, że z papierosem siedziałem w jakiejś kuchni enigmatycznej wypaczonej. A potem, że w śniegu leżałem a Buła za nogę mnie ciągnął, żebym tak nie leżał. Tak się zaczynało palenie niechlubnie raczej.
Ale nie paliłem potem. Potem miałem żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy. Aż do żagli.
Bo ja pływałem zawsze. Jak tylko pamiętam, to na wakacje pływałem. Za linę ciągnąłem, żagle się stawiało i pływałem. I jak z dziesięć lat miałem, to pływałem z Mietkami. A Mietki mieli po szesnaście lat i zespół szantowy słynny na całe liceum (wtedy, potem na szersze wody wypłynęli), i gitary mieli, i trochę palili. Ale ja twardy byłem chłopak, z zasadami. Nie chciałem palić. Całe osiem lat po tych żaglach jeszcze nie paliłem. Aż z tym scyzorykiem z korkociągiem.
Czyli jeszcze potem nie paliłem aż do żagli. Ale na rozpoczęciu sezonu żeśmy zwodowali łódkę, postawili namioty, siedli z Bartkiem i zapalili. Przez niego. Wyjął i zapaliło się. Marsy. Chociaż nie. To w sumie ja kupowałem. On ładował w sklepie piwo do plecaka a ja jeszcze skoczyłem te Marsy kupić. No… W sumie to tak chyba było. Tyle, że on miał potem w kieszeni.
I tak czasem paliłem już. A najfajniej było po drodze do szkoły zapalić i jakiś nauczyciel szedł po plantach, to się w rękaw chowało od płaszcza. I wtedy się wiedziało, że już jest się jak Mietki. Żołnierz poeta czasu kurz. I system może nam naskoczyć. I okres przemian ustrojowych kiedy jeszcze po domach na meblościankach z płyty wiórowej kryształy stały ale już telwiezor zachodni i wideo nawet i wszystko to razem z prusakolepem, oryginalnymi pomarańczami i nowym proszkiem do prania Ariel ® może nam naskoczyć. Bo oto wybiła godzina wolności, skończyła się era rzecznika, nadeszła era wodnika. Zapuszczamy (ew. golimy) włosy, palimy papierosy. Oj!

Szkoda trochę było z paleniem, że przed Mamą musiałem kombinować, zęby myć, wietrzyć, jakieś manewry dziwne. Nigdy nie widziałem, czy Mama wie, czy nie. Niekomfortowe raczej, ale w tym czasie jaka by rodzina nie była, to się tzw. młodzież i tak samotna i wyobcowana w domu czuje, bo to tak jest. Czy ja chciałem palić? I tak i nie.  Dylemat, czy chcę dążyć do celów drogą prostą i pięknie co niedzielę nakreślaną przez księdza Jana, czy poczuć  raczej “wolność i niepowtarzalność jednostki” (w tym wypadku, tak jak w wypadku większości niepowtarzalnych jednostek osiemnastoletnich, papieros był niezbędny). Wyszło jednak że bonus do osobowości, minus do relacji z rodziną i z niektórymi znajomymi. Ale takie życie pieskie, coś za coś. Życie pieskie macha ogonem, a ogon to ty.
A potem już nie chciałem być ogonem. Nie chciałem, żeby życie machało i poszedłem do zakonu. Powołanie takie.
C.D.N.

Fkime

Posted Czerwiec 21, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

“W niedzielę to nie widać mnie za wiele”…
Jakby nie kombinować, jakby się nie nakręcać poczuciem obowiązku, palącą potrzebą, upływem cennego czasu itp. , to i tak spać się chce.
Wystarczy usiąść na krzesełku bez oparcia nawet. Kanapkę napocząć, zagrać MP3, buta założyć, głupopis wziąć…
…. ten… sorry… i już spać się chce. “Zmęczyło się biedactwo.”
A dylematy pełzną w okolicach kory podświadomej. Podkorowo drążą brudnice mniszkówne bezszmerowe korytarze wątpliwości a stare stresy wysiadują świeże jajeczka. Całe to robactwo dorwie mnie jutro, po jutrze, za tydzień. Wylezie z kątów i będzie żarło bez miłosierdzia. Wyrzuty sumienia się rzucą do oczu, że zmarnowałem, że teraz biegiem nadrabiać, że długów narobiłem czasowych a teraz ruski komornik już idzie powykręcać i pogruchotać. Tak, tak. Już tam pewnie larwy naglących terminów i spraw przedzieżgają się w jakichś wielkich kokonowiczach w nieuniknione klęski osobiste i zawodowe.

A ja tu jeszcze oczka tzw. maślane w kamerce prezentuję. Brodę siedząc przy komputerze podpieram i patrzę bezradnie, jak rozmemłanie jakieś z pysku na klawiaturę się wylewa i się literki rozmazują Tahoma, Arial, Times New Roman nieelegancki się robi jak chlapa listopadowa. Ekran się paczy od rozwodnienia ambicji a kawa jak krew w piach. Zaraz muchy tse-tse przylecą i moje ciało sprofanują, bo im się nawet gryźć nie będzie chciało.

Tak jakoś nie ten. Wczoraj z lotniska międzynarodowego moją Kasię bratową odebrałem, która z Kabulu, Dubaju lata w niejasych celach z narażeniem. Chyba powinienem ja podlansować troszeczkę. No, to już: www.keyla.geoblog.pl . Kasia taka ruchliwsza ode mnie raczej i atrakcji różnych ma bez, jak to się mówi, liku. Dzisiaj przynajmniej.
OK. Nędza i brak motywacji chwilowo. Brak weny twórczej, naśladowczej, plagiatorskiej i pirackiej zarówno. Ctrl C, Ctrl V nie chce się wcisnąć, bo mi się mały palec w lewej ręce zupełnie przesał słuchać. Nie reaguje normalnie na nic. Reszta też nie. Leżałbym na trwawniku najchętniej, jak w przedszkolu i od czasu do czasu krzyczał “Panie pilocie, dziura w samolocie”. Lewy silnik nie działa. Wentylacja siada. Skończyła się Cola. Spadamy. Można już palić, wszystko jedno. Panią stewardessę poproszę o pomoc w założeniu maski tlenowej i chwilę normalnej, przyjacielskiej rozmowy. Tlen poprawia samopoczucie. Proszę pociągnąć sobie z mojej maski. Ale żeby było jasne, żadne ankohole, żadne inne pierwiastki podejrzane i żadne kombinacje. Tlen wystarczy. I niedzielny leniwy świr nieprodukcyjny. I nie powiem, że mi z tym źle. Dobrze mi tak.
Wieczorem pewnie się wezmę i pójdę sobie do kościoła. Potranscenduję sobie wieczorem. Ale na razie przez okno niebo niebieskie.
Podobno nad horyzontem błyska i słychać szczęk żelaza. Jak to brzmi bezbłędnie pod koniec pierwszego odcinka serialu: “nad horyzontem przetoczył się złowrogi pomruk nadciągającej nawałnicy”. Tym bardziej jakoś mi się chce spać i tyle. Odruch kompletnego braku odpowiedzialności w obliczu apokalipsy. Żałosne.

Rozbiory

Posted Czerwiec 17, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

Obejrzeliśmy „Wrestlera”. Mickey Rourke momentami jak w “Harry Angel”, ale momentami też jak we „Francesco”. Z tym świrem w oczach, z tą pokorą, z klęską, która zmienia się w siłę. Jak  wtedy, kiedy Franciszek patrzy na dziury w rękach i mówi „Deus mihi dixit”.
„I już chcesz z nim powędrować, powędrować chcesz na oślep”.

Posiedzielismy chwilę cicho. Fajnie sie z chłopakami ogląda. Podobnie dosyć reagujemy. Dobry film – cisza, siorbanie piwa czasem. Zły, trudno, pogadamy, zapuścimy cos jeszcze.
Za jakiś czas John mówi, że ma koncert Cohena z tamego roku. Cohen, kapelusik typu “perły z lamusa” (wrócił ostatnio w wielkim stylu na ulice metropolii), chuda już, pomarszczona twarz, plamy chyba jakieś na rękach. Staruszek.

W swe miejsce nad rzeką
Zabiera cię Zuzanna
Możesz słuchać plusku łodzi
Możesz zostać z nią do rana
Wiesz, że trochę źle ma w głowie
Lecz dlatego chcesz być tutaj
Proponuje ci herbatę
Oraz chińskie pomarańcze
I gdy właśnie chcesz powiedzieć
Że nie możesz jej pokochać
Zmienia twoją długość fali
I pozwala mówić rzece
Że się zawsze w niej kochałeś

OK. Dawaj.

On śpiewa patrząc przed siebie tak samo, jak w 1970 roku. Nie w jakiś punkt. Gdzieś zupełnie gdzie indziej patrzy. Za galaktyki. Wtedy tak patrzył, teraz może nawet jeszcze dalej. Skupiony taki niesamowicie i obecny gdzieś dalej.

And you want to travel with her
And you want to travel blind
And you know that you can trust her
For she’s touched your perfect body with her mind

Na nagraniu z Londynu 2008’najlepszy jest człowiek z klarnetem (akurat nie ma go w Suzanne). Gra nie za często, ale cały czas, cały koncert  stoi i słucha. Ile razy go pokazują, to widać, że w ogóle nie patrzy na boki, na Cohena nawet nie patrzy. Stoi z zamkniętymi oczami.

Pan Jezus był żeglarzem
Gdy przechadzał się po wodzie
Spędził lata na czuwaniu
W swej samotnej wieży z drewna
Gdy upewnił się, że tylko
Mogą widzieć go tonący
Rzekł -  żeglować będą ludzie
Aż ich morze wyswobodzi.

Dzisiaj szedłem z Tesco, sześć litrów wody mineralnej, spodnie przecenione bo bez guzika, Red Bull bez cukru (zobaczymy), czarne oliwki i „Wrestler” właśnie. I podchodzi murzyn że chce funta, bo głodny. Ja teraz ćwiczę, że nie. Mówię „nie” patrząc w oczy, z życzliwością, spokojnie. Nie usprawiedliwiam się. Nie daję jak nie znam i tyle. Nie ratuję fok, nie angażuję się przeciw promocji aborcji w brytyjskich szkołach. Źle się czuję często, kiedy mam powiedzieć „nie dam, bo mam swoje do załatwienia”. Chwilami poczucie winy ciężkie. Ale ćwiczę. Jak kiedyś dam funta to nie dlatego, że czuję się winny bo mam pięć w kieszeni . A może nie dam w ogóle. Mam swoje do załatwienia. Dosyć się naudawałem przed samym sobą, że jestem dobrym człowiekiem. Ze strachu, że może się okazać, że nie jestem dobry załatwiałem całą mase pierdół nikomu niepotrzebnych tak naprawdę i zaniedbywałem przy okazji podstawowe sprawy.

I jeżeli chcesz z nim powędrować
- Powędrować chcesz na oślep
Myślisz – Chyba mu zaufam
Bowiem dotknął twego ciała
Myślą swą.

Rourke, Cohen, ten murzyn dzisiaj. Poza tym wczoraj w nocy wysłałem wszystkie prace na studia, które miałem wysłać. Zaczyna się decydująca runda. MA dissertation. Stalingrad, czuję, będzie. „Powędrować chcesz na oślep”

Laboratorium

Posted Czerwiec 15, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

Południe. Zero, zero. Plus dwadzieścia coś w cieniu. Londyn, trochę powyżej Greenwich, po trasie 243 około godziny na północ. Wilgotność tak sobie, ciśnienie w normie. Stan baterii w laptopie 100% (“fully charged”). Bateria w komórce 85%. Żadnych nieprzeczytanych SMSów. Lekki ból w lewej nerce. Bardzo nawet lekki. O 8:20  kubek mleka, kawa instant +brązowy cukier, 2 kanapki ze sztucznym mięsem z Tesco, kawałek mango (świeży). Insajd stonowany raczej.

Najbliższych 12 godzin oddaję Bogu. Co do grosza, czyściutko żeby było, żadnych paprochów w probówce. I ani minuty nie podprowadzę aż do północy. Howk. Ora- et labora-torium.

Zobaczymy. Ciekawe…

Teraz jestem mała Budda

Posted Czerwiec 13, 2009 by skrzydlaty
Categories: Uncategorized

“Mało caszu, kruca bomba” mówi gość w Vabanku. Kruca bomba, mało. Doszło do mnie wczoraj. Na kawałek ryżu z glonem załadowałem za dużo japońskiego chrzanu zielonego. Najpierw mnie zatkało, że nie mogłem oddychać a potem zostałem oświecony.

Oświecenie zaczęło się od tego, że stwierdziłem, że żeby napisać moje pracki na czas to muszę każdego dnia do końca lipca wyrabiać max. Tyle, ile dotąd udawało mi się wyrobić w nieliczne dni podwyższonej wydolności tzw. mózgu.  Rozproszona jak nocna lampka świadomość, musi się w kupę wziąć, w wiązkę związać, w niebieski ostry płomyczek jak palnik acetylenowy, co nim Danek w warsztacie ciął blachy. Więc jak już stwierdziłem, że mało caszu, to pomyślałem, że fajnie by było znaleźć se w głowie taką wajchę i przestawić, żeby nie rozdrabniać się na poranne refleksje z jedną skarpetką na nodze, zdrapywanie ceny z kubeczka z jogurtem, dłubanie zapałką w lewej górnej trójce i inne rozrywki cywilizowanego mężczyzny.

Namacałem. I przestawiłem.

I dzisiaj przestawiony byłem cały dzień. Luz kompletny. Skupienie. Cicho w głowie. Z rana trochę pomodliłem, bo to pomaga, potem już tylko praca. Komputerek i pisanko. W komputerze nie ruszam w ogóle niczego, co nie jest mi niezbędne do pracy. Nie sprawdzam maili ani nic. Robię sobie co godzinę przerwę, choćby mi szło najlepiej właśnie, choćby nie wiem co. Dalej, wierzyć w cuda że się uda. Dalej, pod żadnym pozorem nie mieć do siebie żalu, że coś nie idzie. Myśleć tylko o tym, jak robić, żeby było dobrze.

A teraz już wieczór. Słowiki oryginalne. Cicho w głowie. Żadnych zbędnych myśli. Żadnych odruchów wejścia w posiadanie, wyjścia na swoje, żadnych fochów ani malancholij. Żadnego noszenia w którąkolwiek stronę. Mała Budda. Jak rzadko kiedy. Ciekawe…